Kolejny weekend, kolejny wspin - tym razem lekcja pokory. Sobotę spędzoną w Rzędkach i niedokończoną drogę Wiosenne klekoty jakoś bym przebolał, ale to co działo się dzień później w Kobylanach - to już nie bardzo.
Po szybkiej rozgrzewce i rozwieszenie ekspresów na Szarej płycie, chwila odpoczynku i próba prowadzenia, zakończona lotem już po wyjściu z trudności. Kolejna próba skończyła się zanim na dobre się rozpoczęła i uświadomiła, że tego dnia pierwsza szansa była zarazem ostatnią. No to z pokorą przenosiny na Wronią basztę - aby załoić coś łatwiejszego. Tutaj próba przeOSowania Płyty Szymona zakończyła się na bodajże ostatnim ruchu. Już się wydawało, że gorzej być nie może, nie dlatego że 2 drogi w plecy tylko dlatego, że 2 drogi obroniły się na samym końcu co raczej nie powinno się stać gdy nie ma tam głównych trudności. Ale jednak było jeszcze gorzej, a wszystko za sprawą Przydrożnej skały. Nowy wymiar wyślizgania sprawił, iż spadałem z dróg VI.1 i VI, które miały być drogami na rozluźnienie...
W ramach odpoczynku od wspinu z liną i doładowania akumulatorów, w czwartkowe popołudnie wykluł się wypad do Zimnego dołu na kilka łatwiejszych baldzików co okazało się strzałem w 10. Małe formy dały sporo zabawy, parcia na cyfrę zero, a dzień spędzony baaardzo miło i pożytecznie.